Jak zwykle - pobudka o 07:00, Paweł był już w połowie zwijania noclegu w postaci namiotu, ale to ranny ptaszek, często wstaje około 04:30.
Słońce jeszcze nie wychyliło się zza gór, ale było dość jasno. Nastawiłem wode na kawe i pyuszną owsiankę i w międzyczasie zabrałem się za składanie namiotu.
Nikomu się nie spieszyło, także po śniadaniu wyruszyliśmy okolo 08:30-09:00 na Drogę Transfogorską.
Pokonywanie kretej trasy nie mogło pójść bardzo szybko. Droga DN7C jest trasą widokową, zatem grzechem jest nie zatrzymać się na chwilę, spojrzeć na uroki górzystego krajobrazu tej części Rumunii.
W przewodnikach i innych blogach autorzy narzekają niekiedy na jakość trasy. Przyznaje, asfalt miejscami posiada braki, ale jeżdżąc polskimi bocznymi drogami nie poczułem się jakoś szczególnie źle.
Na szczycie Drogi Transfogorskiej znajdują się tradycyjnie "Krupówki" - bazar różności, sery, skóry, cepelia, gastronomia. Znajdziemy tam kapliczkę z ołtarzem polowym, "kolejkę alpejską" jako atrakcję widokową, pensjonat z noclegami.
Czułem się tam troszke jak w Morskim Oku, gdyż na samym środku szczytu przelęczy znajduje się oczko wodne.
Jeden z wyjeżdzających motocyklistów przekazał, że tego dnia na przełęczy odbędzie się wyścig w stylu "Tour De Pologne" i niebawem droga zostanie zamknięta.
Postanowilismy zjechać na dół i kontynuować trasę w kierunku Węgier. Oczywiście bez utrudnień się nie obyło, ale przynajmniej zobaczylismy grupę CCC w akcji.
Po nużącej przejażdżce węgierskimi drogami zawitaliśmy do Thermal Camping Hajduszoboszlo
W cenie campingu można skorzystać z aktakcji parku wodnego.
Wieczór spędziliśmy na odkrywanu atrakcji pośrodku węgierskiej puszty i konsumowaniu lokalnego "mięsa z kebabu" do melodii "Zono moja" w wykonaniu restauracyjnych grajków. To trzeba przeżyć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka. Pokaż wszystkie posty
środa, 21 listopada 2018
DN7C
Etykiety:
BMW,
Bulgaria,
Hotel,
Hungary,
Motocykl,
Podróże,
Polska,
Road,
Rumunia,
Transfagarasan,
Turism,
turystyka,
Wyprawa
Lokalizacja:
Transfăgărășan, Romania
poniedziałek, 27 sierpnia 2018
Stambuł: Hagia Sofia, kebab i tajemnica pucybuta cz. I
Stabuł to największe i najludniejsze miasto Turcji. Pomimo, że stolicą tego kraju jest Ankara, Stambuł jest zdecydowanie bardziej rozpoznawalną jego częścią. Stambuł to kolebka historyczna, kulturowa i biznesowa Turcji.
Łączy on Europę i Azję, rozpościera się nad cieśniną Bosfor, która otwiera podwoje dla towarowych statków świata dla Morza Czarnego.
Mieliśmy 2 dni na zwiedzenie Stambułu. Czy to wystarczy na miasto, które liczy 15.3 miliona mieszkańców (oficjalnie)? No pewnie, że nie. Ze względu na to, że czasu mało a plan ambitny, już po zajechaniu i chwili odpoczynku postanowiliśmy wyjść na ulice i poczuć klimat tego miejsca.
Pierwszym i obowiązkowym przystankiem była regionalna restauracja z prawdziwym tureckim kebabem.
Szybko jednak zorientowaliśmy się, że wszystkie "regionalne i prawdziwe" restauracjie są zrobione "pod turystę". Przeszliśmy kilka miejsc, wybraliśmy jedno, gdzie według nas siedziało najwięcej "lokalesów".
Myliłem się, obsługiwał nas kelner z Kurdystanu, jawnie głosząc swe polityczne poglądy niepodległościowe. Odważny był, nie powiem. Zarekomendował nam przyjemne dla podniebienia dania, z bukietem surówek. Było bardzo dobre, średnio ostre z opcją doprawienia, a na końcu podał słodki czaj. Turecki klasyk w kształtnej jak łezka szklance.
Pojedzeni wybraliśmy się na zwiad po mieście. Błękitny Meczet, Hagia Sofia, Bazaar przy meczetach, pare wąskich uliczek. Wykonaliśmy wstępny zwiad co do godzin otwarcia. Zmęczeni wróciliśmy do hotelu, obejrzeliśmy skróty meczów MŚ i do spania...
O tym jak ważna jest logistyka podroży nie muszę chyba nikogo przekonywać - jednak nie wyobrażam sobie wieczornej wycieczki, gdyby nasz hotel byl oddalony kilka stacji metrem od centrum.
Łączy on Europę i Azję, rozpościera się nad cieśniną Bosfor, która otwiera podwoje dla towarowych statków świata dla Morza Czarnego.
Mieliśmy 2 dni na zwiedzenie Stambułu. Czy to wystarczy na miasto, które liczy 15.3 miliona mieszkańców (oficjalnie)? No pewnie, że nie. Ze względu na to, że czasu mało a plan ambitny, już po zajechaniu i chwili odpoczynku postanowiliśmy wyjść na ulice i poczuć klimat tego miejsca.
Pierwszym i obowiązkowym przystankiem była regionalna restauracja z prawdziwym tureckim kebabem.
Szybko jednak zorientowaliśmy się, że wszystkie "regionalne i prawdziwe" restauracjie są zrobione "pod turystę". Przeszliśmy kilka miejsc, wybraliśmy jedno, gdzie według nas siedziało najwięcej "lokalesów".
Zamowiliśmy dania "z kebabu" (o tym innym razem). Nie spodziewalem się wiele, przecież kebs to kebs. Czym ten turecki różniłby się od tego podawanego przez Polaka w Polsce?
| Cola, Kebab i kelner z Kurdystanu dzielący sie cennymi radami turystycznymi. |
| Jak czaj to tylko słodki, w charakterystycznej szklance z podstawką. |
O tym jak ważna jest logistyka podroży nie muszę chyba nikogo przekonywać - jednak nie wyobrażam sobie wieczornej wycieczki, gdyby nasz hotel byl oddalony kilka stacji metrem od centrum.
![]() |
| Błekitny meczet po zmroku. |
![]() |
| Hagia Sofia po zmroku. |
| Boczne ulice centrum Stambułu nie oferowały tyle przepychu co główne alterie |
![]() |
| Uliczka z widokiem na Bosfor |
| Na każdym kroku flagi. |
czwartek, 16 sierpnia 2018
180 na południe..
1 Lipca, niedziela.
O 10:00 wyruszamy (bardzo niechętnie) z MotoCamp Bułgaria. Po godzinie jazdy zatrzymujemy się w Gabrowie, w celu uzupełnienia zapasów. Podstawowe zaprowiantowanie, gdyż nasze "żelazne razje żywieniowe" prawie się wyczerpały: pare zupek chińskich (mmm..), kiełbasa, jakaś czekolada na "morale", woda itp. Przyznaje, ze najbardziej przed podróżą obawiałem się przegrzania (jazda w pełnym kombinezonie) i odwodnienia. To jest taki cichy wróg, którego nie widać, a obniża znaczaco koncentracje. Łatwo wtedy o błąd, którego nikt nie chce popełnić 1500km od domu.
Dzień jest upalny, z 30 stopni na "miękko", Paweł nie wychodzi z Lidla już dobrą chwilę. Okazało się, że jego karta Revolut zwariowała. Pobrano mu pieniądze z konta kilka razy za tą samą transakcje. No kolega szczęśliwy z tego powodu nie był, co odbiło się na jego późniejszym stylu jazdy. Czekanie na zewnątrz w tym słońcu spowodowało, że topiłem się i miałem dość. Moczenie kamizelki i chusty nie pomagały. Czas wsiąść "na koń" i jechać dalej.
Bułgaria to piękny kraj, ze wspaniałą architekturą. Lubię socrealizm, głównie za monumentalizm, symetrie oraz rozmach. Na wielu budynkach widać jeszcze radzieckie gwiazdy, a posągi robotników przy pracy na nikim nie robią wrażenia..
Jedziemy drogą E85, postanowiłem odpalić radio w interkomie, bo monotonna i nużąca droga sprawiała, ze zaczynałem być senny.
Szukam stacji.. klasyczna, dalej, szumy, dalej, gadanie, dalej.. aż nagle trafiłem na stację w stylu polskiej Eski czy RMF MAXX..
Nagle w głośnikach usłyszałem Valentine i "Hej Vojnicze" [Валентина - Хей Войниче] i od razu się rozbudziłem, nóżka chodziła po podnóżku, przepustnica szalała w skoczny rytm melodii. Przez chwile miałem kandydaturę na piosenkę wyjazdu ;-)
Przejeżdzamy koło Shipki - pomnika wolności. Walki w Shipce w lecie 1877r. przyczyniły się w dużym stopniu z wyzwolenia Bułgarii z panowania Imperium Osmańskiego. Zbudowany w 1934r. z dolomitu pomnik jest bardzo ważny dla bułgarskiej społeczności.
My jednak jechaliśmy dalej, w kierunku szczytu Khadzhi Dimitur, lepiej znanego jako Buzłudża.
Gdy dojedziecie do pierwszego pomnika, kierujcie się na lewo. Droga chwilę będzie prowadzić w dół, ale bądźcie wytrwali i kontynuujcie jazdę tą drogą aż do samego końca!
Bułgarski symbol socjalizmu na szczycie góry Khadzi Dimitur oficjalnie jest zamkniety dla zwiedzających, a wejścia do nielegalnie wydrążonego otoworu prowadzacym do środka strzeże strażnik.
Z zewnątrz kolos robi niesamowite wrażenie. Ślad czasu go nie oszczedził, co widać po dziurawym dachu jak szwajcarski ser, "wyszprejowanych" murach i zmęczonych żelbetonowych elementów konstrukcji.
Jedno jest pewne - budowniczy mieli rozmach. Ze szczytu góry (1441m n.p.m.) rozpościera się przepiękny widok na okolicę.
Zgłodnieliśmy, więc wdrożamy dobrze znaną procedurę: kuchenka, gaz, woda i zupka chińska poprawiona pieczywem w anturażu herbaty.
Po odpoczynku skierowaliśmy się na drogę nr. 5 w kierunku Makazy i przejścia granicznego z Grecją. Droga bardzo dobrej jakości, w dodatku przez dłuższą część towarzyszył nam widok pięknie meandrującej rzeki Varbitzy.
W Grecji planowaliśmy nocleg na campingu "tuż przy samym morzu" - tak przynajmniej mówiła o tym zajawka z Bookingu. Po przekroczeniu granicy i wjechaniu wgłąb Grecji od razu można było poczuć zapach sosen i cytrusów, który przemile drażnił moje nozdrza. Spiekota słońca i te zapachy - za to uwielbiam Grecje. Kamping okazał się być dość daleko od wybrzeża - a chcieliśmy się przespać w hotelu pod milionem gwiazd wsłuchując sie w szum błękitnej toni.
- Jedziemy jeszcze chwile, sprawdzamy miejscówki i śpimy na dziko. - Skwitował rozgoryczony ofertą noclegową Paweł.
Po szybkim podjeździe, wybraliśmy miejsce tuż koło baru przy plaży.
Moj imiennik i zarazem kompan w podróży uśmiechnął się szelmowsko, gdy zobaczył wybrzeże klifowe nad samym morzem. Musiałem mieć bardzo dobre argumenty, żeby rozłożyć namiot gdzie indziej. W zasadzie miejsce bardzo przypadło mi do gustu i nie oporowałem.
Kontrolnie podjechałem do baru, zapytać, czy wolno się tam rozbijać namiotami. Szef baru, a bardziej jego córka (angielski "szefa" był taki jak mój grecki), wypytała nas o szczegóły naszego pobytu. Po szybkim wywiadzie właściciel (i baru, i tego pola, gdzie chcieliśmy spać) kiwnął porozumiewawczo głową wyrażając zgodę i akceptację na nasz pobyt.
Wybraliśmy miejsce, wdrożyliśmy procedurę namiotową i zdjęliśmy ciuchy motocyklowe i poszliśmy do baru odwdzięczyć się za gościnę. Zimne piwo, z oszronionego kufla - tego mi było trzeba!
Na kolacje zrobiliśmy kiełbaski z BiedroGrilla, jednocześnie pozbywając się kolejnej ilości nadbagażu (zakupiliśmy dwa BiedroGrille jednorazowe).
Jak się później przyjrzeliśmy trafiliśmy jak ślepej kurze ziarno i to z kilku powodów:
O 10:00 wyruszamy (bardzo niechętnie) z MotoCamp Bułgaria. Po godzinie jazdy zatrzymujemy się w Gabrowie, w celu uzupełnienia zapasów. Podstawowe zaprowiantowanie, gdyż nasze "żelazne razje żywieniowe" prawie się wyczerpały: pare zupek chińskich (mmm..), kiełbasa, jakaś czekolada na "morale", woda itp. Przyznaje, ze najbardziej przed podróżą obawiałem się przegrzania (jazda w pełnym kombinezonie) i odwodnienia. To jest taki cichy wróg, którego nie widać, a obniża znaczaco koncentracje. Łatwo wtedy o błąd, którego nikt nie chce popełnić 1500km od domu.
Dzień jest upalny, z 30 stopni na "miękko", Paweł nie wychodzi z Lidla już dobrą chwilę. Okazało się, że jego karta Revolut zwariowała. Pobrano mu pieniądze z konta kilka razy za tą samą transakcje. No kolega szczęśliwy z tego powodu nie był, co odbiło się na jego późniejszym stylu jazdy. Czekanie na zewnątrz w tym słońcu spowodowało, że topiłem się i miałem dość. Moczenie kamizelki i chusty nie pomagały. Czas wsiąść "na koń" i jechać dalej.
Bułgaria to piękny kraj, ze wspaniałą architekturą. Lubię socrealizm, głównie za monumentalizm, symetrie oraz rozmach. Na wielu budynkach widać jeszcze radzieckie gwiazdy, a posągi robotników przy pracy na nikim nie robią wrażenia..
Jedziemy drogą E85, postanowiłem odpalić radio w interkomie, bo monotonna i nużąca droga sprawiała, ze zaczynałem być senny.
Szukam stacji.. klasyczna, dalej, szumy, dalej, gadanie, dalej.. aż nagle trafiłem na stację w stylu polskiej Eski czy RMF MAXX..
Przejeżdzamy koło Shipki - pomnika wolności. Walki w Shipce w lecie 1877r. przyczyniły się w dużym stopniu z wyzwolenia Bułgarii z panowania Imperium Osmańskiego. Zbudowany w 1934r. z dolomitu pomnik jest bardzo ważny dla bułgarskiej społeczności.
My jednak jechaliśmy dalej, w kierunku szczytu Khadzhi Dimitur, lepiej znanego jako Buzłudża.
Gdy dojedziecie do pierwszego pomnika, kierujcie się na lewo. Droga chwilę będzie prowadzić w dół, ale bądźcie wytrwali i kontynuujcie jazdę tą drogą aż do samego końca!
Bułgarski symbol socjalizmu na szczycie góry Khadzi Dimitur oficjalnie jest zamkniety dla zwiedzających, a wejścia do nielegalnie wydrążonego otoworu prowadzacym do środka strzeże strażnik.
![]() |
| Pod Buzłudżą postawiono jeszcze jakiś kolejny partyjny pomnik. |
Z zewnątrz kolos robi niesamowite wrażenie. Ślad czasu go nie oszczedził, co widać po dziurawym dachu jak szwajcarski ser, "wyszprejowanych" murach i zmęczonych żelbetonowych elementów konstrukcji.
Jedno jest pewne - budowniczy mieli rozmach. Ze szczytu góry (1441m n.p.m.) rozpościera się przepiękny widok na okolicę.
Zgłodnieliśmy, więc wdrożamy dobrze znaną procedurę: kuchenka, gaz, woda i zupka chińska poprawiona pieczywem w anturażu herbaty.
![]() |
| Pamiątkowym zdjęciom nie bylo końca. |
Po odpoczynku skierowaliśmy się na drogę nr. 5 w kierunku Makazy i przejścia granicznego z Grecją. Droga bardzo dobrej jakości, w dodatku przez dłuższą część towarzyszył nam widok pięknie meandrującej rzeki Varbitzy.
W Grecji planowaliśmy nocleg na campingu "tuż przy samym morzu" - tak przynajmniej mówiła o tym zajawka z Bookingu. Po przekroczeniu granicy i wjechaniu wgłąb Grecji od razu można było poczuć zapach sosen i cytrusów, który przemile drażnił moje nozdrza. Spiekota słońca i te zapachy - za to uwielbiam Grecje. Kamping okazał się być dość daleko od wybrzeża - a chcieliśmy się przespać w hotelu pod milionem gwiazd wsłuchując sie w szum błękitnej toni.
- Jedziemy jeszcze chwile, sprawdzamy miejscówki i śpimy na dziko. - Skwitował rozgoryczony ofertą noclegową Paweł.
Po szybkim podjeździe, wybraliśmy miejsce tuż koło baru przy plaży.
Moj imiennik i zarazem kompan w podróży uśmiechnął się szelmowsko, gdy zobaczył wybrzeże klifowe nad samym morzem. Musiałem mieć bardzo dobre argumenty, żeby rozłożyć namiot gdzie indziej. W zasadzie miejsce bardzo przypadło mi do gustu i nie oporowałem.
![]() |
| Hotel pod milionem gwiazd. |
Kontrolnie podjechałem do baru, zapytać, czy wolno się tam rozbijać namiotami. Szef baru, a bardziej jego córka (angielski "szefa" był taki jak mój grecki), wypytała nas o szczegóły naszego pobytu. Po szybkim wywiadzie właściciel (i baru, i tego pola, gdzie chcieliśmy spać) kiwnął porozumiewawczo głową wyrażając zgodę i akceptację na nasz pobyt.
Wybraliśmy miejsce, wdrożyliśmy procedurę namiotową i zdjęliśmy ciuchy motocyklowe i poszliśmy do baru odwdzięczyć się za gościnę. Zimne piwo, z oszronionego kufla - tego mi było trzeba!
![]() |
| Leżak, zimne piwo, kojący oczy widok. To jest to! |
Na kolacje zrobiliśmy kiełbaski z BiedroGrilla, jednocześnie pozbywając się kolejnej ilości nadbagażu (zakupiliśmy dwa BiedroGrille jednorazowe).
Jak się później przyjrzeliśmy trafiliśmy jak ślepej kurze ziarno i to z kilku powodów:
- Nocleg na dziko = nocleg za friko
- Bliskość baru = zimne piwo i leżaki
- Nieograniczony dostęp do morza po zejściu z falezy
- Słodkowodny prysznic na plaży
- Nocne krajobrazy i świetne zdjęcia
![]() |
| To był świetny wybór. Pod każdym względem. |
Etykiety:
Bulgaria,
Camping,
Europa,
Istambul,
Jedzenie,
Motocamp,
Motocykl,
Motocykle,
motoryzacja,
Pensjonat,
Podróże,
Turcja,
Turkey,
turystyka,
Wyjazd,
Wyprawa
Lokalizacja:
Khadzhi Dimitur, 6140, Bulgaria
wtorek, 7 sierpnia 2018
MotoCamp Bulgaria
Po przekroczeniu granicy z Bułgarią, gnaliśmy jak najdalej na południe.
Zmierzchało, zatem trzeba było znaleźć miejsce do spania.. Wybór padł na namierzony jeszcze w Polsce Moto Camp Bulgaria. Dobór tras i miejsc noclegowych (poza Stambułem) zostawiłem Pawłowi - on czuje się w tym jak ryba w wodzie, ma doświadczenie, warto uczyć od mądrzejszych.
Zanim jednk tam się zjawiliśmy, Suzuki V-strom Pawła przekroczył 100 000 km przebiegu (wg wskazań licznika, a ile jest na prawde - tego nie wie nikt :-D). W każdym razie była okazja do świętowania.
MotoCamp Bulgaria
Około 22:00 zjeżdzamy z drogi E772 (droga Sofia - Varna) (w trakcie zjazdu, na końcu "ślimaka" prawie wywinałem orła, uślizg przedniego koła na naniesionej na drogę brei, ale GS cudem odzyskał trakcje) i dojeżdzamy do wioski Idilewo.
To niewielka miejscowość pośrodku niczego. Spokój, cisza, lasy, jeziora, pola. W samym centrum tego odludzia powstał MotoCamp Bulgaria. Założony i cześciowo prowadzony przez Doug Wothke- człowieka, który zjechał świat wzdłuż i wszerz na chopperze (w dużym uproszczeniu).
Samo miejsce składa się lokalu z pokojami do spabia, baru 24/h (wpisuje się w zeszyt i potem rozlicza przed wyjazdem), małego garażu, gdzie można naprawić maszynę, pralki, sanitariatów i świetlicy. Jest również trawnik, który służy za pole namiotowe (ale tylko na specjalne okazje, co wynika z lokalnych przepisów). Generalnie wszystko jest przemyślane, niczego nie brakuje, a atmosfera jest bardzo koleżeńska.
Gdy podjechaliśmy pod bramę, otworzył nam Anglik, wjechaliśmy i oczom ukazały się dziesiątki motocykli. Jak się okazało, załapaliśmy się na spotkanie Klubu Podróżników Motocyklowych Horizons Unlimited.
(Polecam wejść na stronę i na FB Fanpage - można tam znaleźc inspiracje podróżnicze i zasięgnąć rady o warunki podróżowania w danym kraju).
Było ciemno i mokro (podobno przed naszym przyjazdem padało 3 dni non stop). Zmęczeni i głodni zajęliśmy się rozbijaniem namiotów. Następnie przedstawiono nam zasady panujące na miejscu (toalety, browar na zeszyt, mini warsztat, itp.).
Później wyjęliśmy jednorazowego grilla z Biedry i rozstawiliśmy się na środku trawnika. Musieliśmy wyglądać dość egzotycznie, bo co chwila ktoś do nas zaglądał co my tak na prawdę robimy. Później "szefy" zaproponowali swoje paleniskoo, ale chcieliśmy wypalić BiedroGrilla, żeby pozbyć się zbędnego bagażu. Podpałka grilla z Biedry to jedna wielka tablica Mendelejewa, śmierdziało paliwem tak, ze nie obyło się bez komentarzy zgromadzonych. Kiełba i ser owczy z transalpińskich Krupówek smakowały "lepiej niż szynka" (czyli dla niewtajemniczonych: niebo w gębie). Po wieczerzy zgadaliśmy się z pewnym Polakiem, który przedstawił nam historie MotoCamp i podał ciekawe miejsca na naszej trasie, godne odwiedzenia . Po paru piwach poszliśmy spać, nie trzeba było nas do tego specjalnie zapraszać...
Poranek powitał nas słońcem, a rosnąca temperatura w namiocie szybko wypędziła mnie na zewnątrz. Wyciągnałem czym predzej Jetboila, szybka kawa i śniadanie (owsianka? :-o). Kiedy świadomie odrzucasz komfortowe warunki podróżowania i noclegu, zimny prysznic nie robi na tobie żadnego wrażenia (a jak orzeźwia!). Suszenie namiotu i pakowanie szpejów na motocykl stały się nieprzeszkadzającą rutyną. MotoCamp tak nas urzekł, że odpaliłem nastaw na drugą kawę. Czas wykorzystaliśmy na wymianę poglądów, kontaktów z Vladimirem z Warny (być może będziemy tamtędy wracać do Polski).
Wział syna na wycieczkę i miał szlifa (on nie miał tyle szczęscia co ja i przewrócił się na śliskim zakręcie). Oprócz rys na obudowie i dumie - nic poważnego im się nie stało.
Pare pamiątkowych zdjeć, uzupelnienie bukłaka z wodą, sprawdzenie mocowań bagażowych i w trasę.Tym razem bardziej turystycznie, bez jazdy na rekord (czyli lekkie 350km +).
Moto Camp Bulgaria jest klimatycznym i tanim miejscem w trakcie jazdy na południe (20 lev/doba bez śniadania). Znajdziez tam dobre spanie, podstawowe wyżywienie, mini-warsztat. Kupisz też suweniry (naklejki, koszulki), olej, filtry. Miejsce jest traktowane jako baza serwisowa w trakcie wypadów w daleką Azję. Można po uzgodnieniu wysłać tam części do swojego sprzętu, jeżeli nie chcemy wozić ich ze sobą (np. opony OFF, części zamienne). Każdy motocyklista będzie się tam czuć bardzo komfortowo. Jak będzie miał szczęście to posłucha bardzo ciekawych opowieści z podróży, obejrzy motocykle, które objechały świat i nawiąże kontakty, które (kto wie?) zaowocują w przyszłości.
Zmierzchało, zatem trzeba było znaleźć miejsce do spania.. Wybór padł na namierzony jeszcze w Polsce Moto Camp Bulgaria. Dobór tras i miejsc noclegowych (poza Stambułem) zostawiłem Pawłowi - on czuje się w tym jak ryba w wodzie, ma doświadczenie, warto uczyć od mądrzejszych.
Zanim jednk tam się zjawiliśmy, Suzuki V-strom Pawła przekroczył 100 000 km przebiegu (wg wskazań licznika, a ile jest na prawde - tego nie wie nikt :-D). W każdym razie była okazja do świętowania.
MotoCamp Bulgaria
Około 22:00 zjeżdzamy z drogi E772 (droga Sofia - Varna) (w trakcie zjazdu, na końcu "ślimaka" prawie wywinałem orła, uślizg przedniego koła na naniesionej na drogę brei, ale GS cudem odzyskał trakcje) i dojeżdzamy do wioski Idilewo.
![]() |
| Idilewo na mapie Bułgarii, ź: maps.google |
Samo miejsce składa się lokalu z pokojami do spabia, baru 24/h (wpisuje się w zeszyt i potem rozlicza przed wyjazdem), małego garażu, gdzie można naprawić maszynę, pralki, sanitariatów i świetlicy. Jest również trawnik, który służy za pole namiotowe (ale tylko na specjalne okazje, co wynika z lokalnych przepisów). Generalnie wszystko jest przemyślane, niczego nie brakuje, a atmosfera jest bardzo koleżeńska.
![]() |
| Nie spodziewaliśmy się takiej ilości motocykli. |
![]() |
| Miejsce ma swój wyjątkowy klimat. |
![]() |
| Pole namiotowe funkcjonujące tylko w trakcie większych "eventów". |
(Polecam wejść na stronę i na FB Fanpage - można tam znaleźc inspiracje podróżnicze i zasięgnąć rady o warunki podróżowania w danym kraju).
Było ciemno i mokro (podobno przed naszym przyjazdem padało 3 dni non stop). Zmęczeni i głodni zajęliśmy się rozbijaniem namiotów. Następnie przedstawiono nam zasady panujące na miejscu (toalety, browar na zeszyt, mini warsztat, itp.).
| GS & Gwiazdy. |
![]() |
| Pilnuje BiedroGryla, za mną "Bar24/h" |
| Wymiana poglądów z Vladimirem z Warny. |
Pare pamiątkowych zdjeć, uzupelnienie bukłaka z wodą, sprawdzenie mocowań bagażowych i w trasę.Tym razem bardziej turystycznie, bez jazdy na rekord (czyli lekkie 350km +).
Moto Camp Bulgaria jest klimatycznym i tanim miejscem w trakcie jazdy na południe (20 lev/doba bez śniadania). Znajdziez tam dobre spanie, podstawowe wyżywienie, mini-warsztat. Kupisz też suweniry (naklejki, koszulki), olej, filtry. Miejsce jest traktowane jako baza serwisowa w trakcie wypadów w daleką Azję. Można po uzgodnieniu wysłać tam części do swojego sprzętu, jeżeli nie chcemy wozić ich ze sobą (np. opony OFF, części zamienne). Każdy motocyklista będzie się tam czuć bardzo komfortowo. Jak będzie miał szczęście to posłucha bardzo ciekawych opowieści z podróży, obejrzy motocykle, które objechały świat i nawiąże kontakty, które (kto wie?) zaowocują w przyszłości.
Etykiety:
Bulgaria,
Camping,
Hotel,
Motocamp,
Motocykl,
motoryzacja,
Pensjonat,
Podróże,
Polska,
turystyka,
wakacje
Lokalizacja:
5422 Idilevo, Bulgaria
niedziela, 5 sierpnia 2018
Dzien 2: Oblicza gór: Transalpina
Wstaliśmy wcześnie, około 07:00, wygodne łóżka były gwarantem dobrego snu. Budzik musiał się nastarać, ażeby sprowokować otwarcie moich powiek. Chętnie leżałbym do 09:00, ale żelazne trzymanie się planu stało wyżej w hierarchii wartości. Na śniadanie owsianka (na wodzie - tak jak kazała Anna Lewandowska) i kawa "parzucha". Po omówieniu założeń taktycznych, załadowaliśmy rzeczy na motocykle i ruszyliśmy podbijać Transalpinę.
Aura była kapryśna - delikatny deszczyk, obaj nie zakladaliśmy przeciwdeszczówek. Droga prowadziła bardzo dobrze, mokry asfalt nie przeszkadzał w jeździe, ale wiadome - safety first.
Transalpina to najwyżej położena droga w Rumunii, sięga 2154 m n.p.m. (przełęcz Urdele). Trasa oddziela miasta Sebes i Novaci.
Przemierzałem tą trasę pierwszy raz, ale opisy z forum internetowych i opowieści Pawła powodowały, że z zakrętu na zakręt odkręcałem manetke gazu coraz mocniej.
Im bardziej w las, tym.. większa mgła.
Plan przejazdu zakładał zatrzymywanie się w miejscach, które są dla nas atrakcyje. Stop - zachwyt - zdjecie - jazda dalej. Przejazd drogą DN67C bez delektowania się widokami i serpentynami to trochę jak deptanie symboli narodowych. Każdy kilometr powodował obniżenie temperatury i pogorszenie warunków widzialności. Coraz gęstsza mgła budziła niepokój, ale po ustaleniach i weryfikacji morale jechaliśmy dalej. Niektórzy motocykliści napotkani na trasie zawracali. W pewnym momencie widziałem niewiele dalej niż 10metrów. Ale nie to było najgorsze..
Jadąc jakby nigdy nic, wchodziłem w kolejny zakręt, gdy z nienacka zaatakował mnie potwornie silny podmuch wiatru. Byłem w połowie zakrętu, siła wiatru prawie mnie wywróciła. Stanałem z wpół złożonym motocyklem, czekając na zbawienie.
Pomoc przyszła od estończyków, którzy byli pare metrów wyżej. Sprawdzali rany wojenne jednego z kolegów, który nie miał tyle szczęscia co ja i wiatr położył go wraz z motocyklem (poza uszkodzonym kufrem, nic mu się nie stało).
Paweł dojechał, mieliśmy do wyboru powrót lub jazdę dalej.
Ciśniemy!
Kolejne dwa zakręty pokonywałem "po żeglarsku". Dużo gazu, kurs ostro na wiatr, "zwrot przez sztag" na szczycie zakrętu i byle dalej. Technika pokonywania zakrętów wołała o pomste do nieba, ale ważne, ze była skuteczna.
Nie nacieszyliśmy się majestatycznymi widokami na szczycie przełęczy. Gęsta jak mleko mgła wygrała dzisiaj z nami. Jeszcze tu wrócę - pomyślałem.
Zjazd z góry był kwadratowy, czułem się spięty, sztywne plecy nie wrożyły nic dobrego. Kompan również raportował dygot rąk - nie spodziewałem się tego u takiej starej wygi.
Dojeżdzając do transalpińskich Krupówek (bazar różności, suwenirów, lokalnej gastronomii i dziewiarstwa) czułem personalne zwycięstwo nad swoimi słabościami.
Później pogoda popawiła się, ale zaczął dokuczać upal. dojechaliśmy do Bechetu. Tu czekaliśmy na prom przez Dunaj do miasta Orjachowo. "Zupka chińska" jeszcze nigdy nie była taka dobra i sycąca.
Rzeka Dunaj - druga po Wołdze - najdłuższa rzeka Europy, stanowi ona naturalna granicę miedzy Rumunią, a Bułgarią
Po załatwieniu biurokracji na granicy pojechaliśmy szukać bankomatu. Paweł wklepał koordynaty w nawigację, która zaprowadziła nas do .. Toi Toi'a
Dalej przelot przez Bułgarie i nocleg w Moto Camp Bułgaria Jeżeli udajecie się na południe - jest to absolutny "must be". Dlaczego?
O tym w następnym wpisie...
![]() |
| Transalpina. |
![]() |
| Na transalpinie. |
Aura była kapryśna - delikatny deszczyk, obaj nie zakladaliśmy przeciwdeszczówek. Droga prowadziła bardzo dobrze, mokry asfalt nie przeszkadzał w jeździe, ale wiadome - safety first.
Transalpina to najwyżej położena droga w Rumunii, sięga 2154 m n.p.m. (przełęcz Urdele). Trasa oddziela miasta Sebes i Novaci.
Przemierzałem tą trasę pierwszy raz, ale opisy z forum internetowych i opowieści Pawła powodowały, że z zakrętu na zakręt odkręcałem manetke gazu coraz mocniej.
Im bardziej w las, tym.. większa mgła.
| Nawierzchnia jest bardzo dobrej jakości. |
| Za nami "zapierający dech w piersiach" widok na przełęcz. |
Jadąc jakby nigdy nic, wchodziłem w kolejny zakręt, gdy z nienacka zaatakował mnie potwornie silny podmuch wiatru. Byłem w połowie zakrętu, siła wiatru prawie mnie wywróciła. Stanałem z wpół złożonym motocyklem, czekając na zbawienie.
Pomoc przyszła od estończyków, którzy byli pare metrów wyżej. Sprawdzali rany wojenne jednego z kolegów, który nie miał tyle szczęscia co ja i wiatr położył go wraz z motocyklem (poza uszkodzonym kufrem, nic mu się nie stało).
Paweł dojechał, mieliśmy do wyboru powrót lub jazdę dalej.
Ciśniemy!
Kolejne dwa zakręty pokonywałem "po żeglarsku". Dużo gazu, kurs ostro na wiatr, "zwrot przez sztag" na szczycie zakrętu i byle dalej. Technika pokonywania zakrętów wołała o pomste do nieba, ale ważne, ze była skuteczna.
| Widok na przełęcz. |
Nie nacieszyliśmy się majestatycznymi widokami na szczycie przełęczy. Gęsta jak mleko mgła wygrała dzisiaj z nami. Jeszcze tu wrócę - pomyślałem.
Zjazd z góry był kwadratowy, czułem się spięty, sztywne plecy nie wrożyły nic dobrego. Kompan również raportował dygot rąk - nie spodziewałem się tego u takiej starej wygi.
Dojeżdzając do transalpińskich Krupówek (bazar różności, suwenirów, lokalnej gastronomii i dziewiarstwa) czułem personalne zwycięstwo nad swoimi słabościami.
| "Just did it". |
Później pogoda popawiła się, ale zaczął dokuczać upal. dojechaliśmy do Bechetu. Tu czekaliśmy na prom przez Dunaj do miasta Orjachowo. "Zupka chińska" jeszcze nigdy nie była taka dobra i sycąca.
![]() |
| W oczekiwaniu na prom. Zupka chińska była "pryma sort". |
Po załatwieniu biurokracji na granicy pojechaliśmy szukać bankomatu. Paweł wklepał koordynaty w nawigację, która zaprowadziła nas do .. Toi Toi'a
| "Bankomat" po bułgarsku. |
Dalej przelot przez Bułgarie i nocleg w Moto Camp Bułgaria Jeżeli udajecie się na południe - jest to absolutny "must be". Dlaczego?
O tym w następnym wpisie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















